Praca za granicą po weterynarii

Katx2
Posty: 122
Rejestracja: 27 sty 2013, o 12:46

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Katx2 » 8 maja 2014, o 12:06

a staże organizuje uczelnia czy samemu trzeba szukać?

Korczaszko
Posty: 5250
Rejestracja: 9 paź 2007, o 19:58

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Korczaszko » 11 maja 2014, o 09:23

Jeśli o chodzi o staże kliniczne na 5 i 6 roku to tak.

Grzegorz Pełka
Posty: 1
Rejestracja: 24 maja 2014, o 06:45

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Grzegorz Pełka » 24 maja 2014, o 06:54

Aż się specjalnie tu zarejestrowałem, żeby odpisać ;)
Praca jest. Jeśli jesteś choć trochę ogarnięty. W UK, w Irlandii, znajoma pracuje w Finlandii, nie mówiąc prawie nic po fińsku. W innych krajach wymagana jest zazwyczaj znajomość lokalnego języka.
Na Europie świat się nie kończy. Możesz pracować w Azj, w Afryce, w Am. Pd. USA, Kanada odpadają - strasznie droga i trudna nostryfikacja.
Korczaszko pisze:W ten sposób po 1 telefonie miałam praktyki w Berlinie, zrezygnowałam bo jednak trochę szkoda było mi kasy na mieszkanie w Berlinie
Przepraszam, to po cholerę tam dzwonisz i wprowadzasz tylko zamęt? Wybacz, ale jest to podejście skrajnie nieodpowiedzialne.

Przez ostatnie 2 lata bywałem w wielu klinikach, NGO, i słyszałem aż za wiele opowieści o studentach, którzy się umawiają po czym się nie pojawiają. I nie raczą nawet nikogo powiadomić o zmianie planów.

Korczaszko
Posty: 5250
Rejestracja: 9 paź 2007, o 19:58

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Korczaszko » 24 maja 2014, o 18:07

Byłam na etapie załatwiania mieszkania po znajomości. Nie wyszło. Przy czym z przychodnią miałam kontakt stały więc wiedzieli, że dopiero szukam lokum i miałam dać znać z ostateczną decyzją.
Telefon wykonał, żeby sprawdzić czy w ogóle jest po co kombinować dalej i od początku wszystko było jasne. Gdy mieszkanie nie wyszło, przychodnia od razu o tym wiedziała. I nie, nie trzymałam ich w niepewności przez pół roku.

szluwka
Posty: 263
Rejestracja: 5 paź 2012, o 12:19

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: szluwka » 24 maja 2014, o 18:59

znajoma pracuje w Finlandii, nie mówiąc prawie nic po fińsku
w jakim charakterze tam pracuje, co robi? Chyba nie ma kontaktu z klientami, skoro nie mówi po fińsku?

Ciekawi mnie jak wygląda praca za granicą przy koniach, ktoś coś :) ?

Awatar użytkownika
patkarola
Posty: 165
Rejestracja: 23 sie 2009, o 14:09
Lokalizacja: poznań/wrocław

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: patkarola » 25 maja 2014, o 19:15

w Skandynawii wszyscy mówią po angielsku tak samo jak w ojczystym języku i jest to dla nich absolutnie normalne, także to absolutnie nie przeszkadza w kontaktach z klientami

szluwka
Posty: 263
Rejestracja: 5 paź 2012, o 12:19

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: szluwka » 26 maja 2014, o 21:33

hmm, no dobra, w Norwegii widziałam żula mówiącego po ang, ale myślałam, że to wyjątek :D .
W DE wymagana jest znajomość niemieckiego? Słyszałam, że na erasmusie tak, a jak poza uczelnią?

szluwka
Posty: 263
Rejestracja: 5 paź 2012, o 12:19

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: szluwka » 26 cze 2014, o 07:41

aż nie wiem co powiedzieć. To tak w temacie praktyk, pracy za granicą i konkurencji na rynku.
"Często spotykam się z pytaniem dlaczego nie chcę zostać i pracować w Polsce. Nie ma pracy? Praca jest, dobry lekarz weterynarii zawsze i wszędzie będzie poszukiwany. Kiepsko płacą? Nie jest źle, przy sporej wiedzy z odrobiną sprytu można dobrze zarobić. Ludzie niezwiązani z medycyną weterynaryjną nie mają na ogół pojęcia jak w rzeczywistości wygląda środowisko lekarzy weterynarii.
Nigdy nie zapomnę, gdy pełna zapału i motywacji wróciłam po roku nauki w Hiszpanii do Warszawy. Nie tracąc ani chwili postanowiłam znaleźć lecznicę weterynaryjną, gdzie będę dalej szlifować swoje umiejętności kliniczne, oczywiście jako wolontariusz. Udałam się do jednej z renomowanych lecznic na warszawskiej Ochocie, gdzie nieprzyjemna pani recepcjonistka nakazała mi zostawić swoje CV (w celu przychodzenia do pomocy jako wolontariusz) i nie pozwoliła mi nawet zamienić kilku słów z lekarzem dyżurnym, byłam bowiem przekonana, że ten gdy zobaczy na własne oczy mój zapał do pracy, przyjmie mnie pod swoje skrzydła bez zawahania. Pomyślałam, że może to nawet lepiej jeśli najpierw zobaczą jakie mam CV (po czwartym roku miałam na koncie dwukrotne praktyki w USA, publikacje, biegle posługiwałam się czterema językami obcymi). Jednak nikt nie odezwał się do mnie, pomyślałam- na pewno zapomnieli oddzwonić, napisałam więc maila. Odpowiedź była jednoznaczna: nie ma takiej możliwości, abym przychodziła do tej kliniki. Na uzasadnienie mimo próśb widocznie już nie zasłużyłam. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że poszukiwane osoby nie mają być ani mądre, ani wykształcone, mają po prostu wiedzieć jak szybko zmyć podłogę i przygotować stół do badania kolejnego pacjenta. Potencjalnie dobry pracownik to nie źródło dochodów dla kliniki tylko potencjalne zagrożenie, nie należy więc umożliwiać mu nauki, nawet jeśli będzie darmowym sprzątaczem. Inna koleżanka również zainteresowana onkologią próbowała dostać się do tej samej kliniki również w roli wolontariusza, pan „specjalista” zażądał od niej 50 zł za dzień za to, że będzie mu pomagała, bo przecież rady jakie udzielał będzie on właścicielom zwierząt są na wagę złota, dlaczego więc miałaby ich słuchać za darmo?
Na trzecim roku wpadł mi do głowy pomysł, aby wyjechać na rok nauki do Hiszpanii, wydział miał podpisaną umowę z najlepszym wydziałem weterynarii w Hiszpanii-Barceloną, więc okazja była nie do zmarnowania. Kurs hiszpańskiego, rekrutacja i masa biurokracji sprawiła, że nie raz zwątpiłam, że się uda. Koledzy z roku z niedowierzaniem śledzili rozwój wydarzeń, ostrzegali: Nie zaliczą ci roku po powrocie! Nie opłaca się! Gdy w końcu okazało się, że wyjazd dojdzie do skutku zaczęło się narzekanie, że tak trudno jest wyjechać a wszyscy by chcieli. Studia w Hiszpanii pochłonęły mnie całkowicie, długo nie dawałam oznak życia, wystarczyło jednak jedno zdjęcie na facebook’u z imprezy, aby koledzy z roku orzekli, że w Hiszpanii nie robię nic oprócz balowania i mają nadzieję, że żaden z przedmiotów nie zostanie mi zaliczony. Kilka koleżanek było na tyle sprytnych, że wstrzymało się od kąśliwych komentarzy i wykorzystało mój pobyt do darmowych wakacji, aby po powrocie oficjalnie móc poużywać sobie na mojej osobie i rozpowszechniać historie nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Pobyt w Hiszpanii w dużej części musiałam sfinansować sobie sama, stypendium erazmusa pokrywało jedynie część kosztów. Z nieba spadł mi konkurs Stypendium z Wyboru gdzie pomysłowi studenci aplikowali o pieniądze na swój projekt. Głosowanie odbywało się przez internet, natomiast to co działo się na moim wydziale przeszło najgorsze oczekiwania. Poza krytyką mojego projektu i zresztą całej idei „głupiego konkursu z głosowaniem przez internet” nie obyło się bez aktywnej anty-reklamy, nie żartuję. Koledzy aktywnie namawiali do niegłosowania na mnie. Ktoś by spytał czemu po prostu tego nie zignorowali? Sama o to pytałam. Na ich nieszczęście konkurs wygrałam. Jednak nie trzeba było długo czekać, przy następnej edycji najaktywniej krytykujący sami postanowili wziąć udział w tym głupim konkursie (niestety bezskutecznie). Z Hiszpanii powróciłam z wygraną w konkursie, publikacją w międzynarodowej prasie naukowej oraz gładko zaliczonymi wieloma przedmiotami. Grono kolegów zawężyło się do zaledwie kilku osób i (o zgrozo!) nie obyło się bez protestów przeciwko zaliczeniu mi tylu przedmiotów, bo nie dość, że rok byłam na wakacjach podczas, gdy moi koledzy zażynali się to jeszcze wyszłam na tym lepiej?!
Zorganizowałam sobie praktyki w USA, samodzielnie znalazłam klinikę, opłaciłam bilet samolotowy i pobyt w klinice. Kilka osób dopytywało o szczegóły, chętnie udzielałam informacji, podałam namiary na klinikę ale gdy odmówiłam „załatwienia” miejscówki na konkretny termin z zakwaterowaniem stałam się „suką” , której o nic nie można poprosić.
Rok piąty spędziłam w Warszawie, praktykując w cudownej lecznicy weterynaryjnej gdzie dane mi było poznać lekarzy z ogromną wiedzą i zaangażowaniem. Zapisałam się do Koła Naukowego. Pisałam publikacje, brałam udział w konferencjach, wszystkie moje osiągnięcia wpisywane były w poczet osiągnięć Koła „Naukowego”, za co otrzymywane były pieniądze na kolejne „przedsięwzięcia” takie jak na przykład darmowy kurs USG. Żadne z tych rzeczy nie zostało zaoferowane ani mnie, ani innym aktywnie działającym członkom Koła. Moje wielokrotne prośby, a potem skargi o nieudostępnianie wydarzeń i rozliczeń Koła innym ludziom zaskutkowały donosem do odpowiednich Władz i groźbą nieprzyznania mi dyplomu ukończenia studiów. Potem już tylko kąśliwe uwagi na mój temat, a najchętniej i najodważniej to w sieci.
Nie tracąc ani chwili czasu, zorganizowałam sobie ostatni rok studiów na wydziale w Wiedniu. Ciężka praca przez 8 miesięcy, nauka nowego języka obcego zaowocowała ofertą pracy na wydziale weterynarii w Monachium. Co roku wybieranych jest 8 najlepszych młodych lekarzy weterynarii, którzy po roku mogą starać się o specjalizacje. Pierwszy raz w historii naszego wydziału doszło do tego, aby świeżo upieczony absolwent dostał się na taki program. Gratulowali mi znajomi z całego świata, oczywiście oprócz kolegów z roku. Podczas rozdania dyplomów, poprosiłam o chwilę uwagi i zabrałam głos. Koło Naukowe niestety nie nagrodziło mnie nawet książką (a nagradzany był prawie każdy, nawet ten nieudzielający się naukowo). Wiedziałam, że będzie to ostatni raz kiedy wszyscy się widzimy i postanowiłam wygłosić krótki komunikat. Podzieliłam się radosną nowiną o miejscu jakie czeka na mnie w Monachium i podziękowałam za wsparcie obecnej na sali mamie, jednemu z Profesorów oraz Paniom z Dziekanatu za pomoc w formalnościach. Połowa Sali biła brawa, druga połowa świeżo upieczonych lekarzy weterynarii, tych elegantów w togach, którzy pozowali na elitę Narodu, zaczęła najnormalniej gwizdać. Bal tej samej nocy upłynął pod hasłem mojego skandalicznego, bezczelnego wystąpienia. Potem w sieci mnożyły się kąśliwe komentarze aż po wiadomości wysyłane do mnie, że zniszczyłam wszystkim ten dzień, a nawet bal. Komuś chciało się nawet rzygać na myśl o mnie. W nadchodzącym tygodniu zapewne połowa z moich kolegów zarejestruje się jako bezrobotna, część otrzyma z urzędu staż, część (tych najodważniej krytykujących) ma miejsce pracy u rodziców w lecznicy. O poziomie wiedzy i uprawianej „medycyny” nie będę się wypowiadać. Pozostaje mi tylko współczuć milionom zwierzęcych pacjentów, którzy niejednokrotnie zdani będą na wybujałe ego i niewiedzę moich kolegów. W tym wszystkim to jest właśnie najsmutniejsze. Jakie rozwiązanie proponują „Władze wyższe”? Otworzyć więcej wydziałów i przyjąć więcej studentów na studia. To z pewnością uzdrowi chorą już sytuację na rynku pracy. Osoby ambitne gnoi się, ilu wybitnych klinicystów musiało opuścić Wydział, a nawet kraj w poszukiwaniu lepszej przyszłości?
Miejmy nadzieję, że sytuacja za parę lat się zmieni. Moim największym marzeniem jest praktykowanie w ukochanej Warszawie, gdzie dobro pacjentów weźmie górę nad frustracjami ludzkimi. "

Korczaszko
Posty: 5250
Rejestracja: 9 paź 2007, o 19:58

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Korczaszko » 26 cze 2014, o 18:20

Podaj Zrodlo, to brzmi nierealnie. Albo ja zyje w innym swiecie, gdzie koniec studiow oznaczal rozstanie z przyjaciolmi, a nie koniec piekla..

[ Post via Android ] Obrazek

szluwka
Posty: 263
Rejestracja: 5 paź 2012, o 12:19

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: szluwka » 26 cze 2014, o 18:49

no tak, zapomniałam, a dokładniej z profilu na fejsie

Korczaszko
Posty: 5250
Rejestracja: 9 paź 2007, o 19:58

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Korczaszko » 26 cze 2014, o 20:42

Dla mnie to brzmi nierealnie, żeby jej tak nienawidzili bez powodu. Wyjazd na erazmusa nie jest ciężko załatwić i wrócić z zaliczonym rokiem. U mnie na roku było mnóstwo erazmusowiczów i tylko 2 dziewczyny powtarzały rok. Co do reszty nikt nie protestował, że "wróciły z imprezy i zaliczyły rok". Strzelam w ciemno, że na SGGW również wiele osób wyjeżdża i ciężko mi uwierzyć w zawiść tych co zostają.

Zresztą z tego roku jeszcze 2 dziewczyny mają sporo osiągnięć i blogi, i ciekawa jestem czy też spotykały się z taką niechęcią.

A wystąpienie na absolutorium było takie słabe :P u nas ze studentów mówili tylko starości, a przemowy dotyczyły studiów i wspólnego przeżywania różnych ich aspektów ;) ogólnie szybko i na temat, bez przechwałek kto co osiągnął, a inni to będą beznadziejni :D Ale może rzeczywiście tam panuje taka chora atmosfera... albo ja żyję pod kloszem naszej akademikowej rodzinki i u mnie na roku też takie rzeczy miały miejsce ;)


PS i nie neguję, że te sytuacje miały miejsce, ale cieszę się ze swojego klosza ;)

Awatar użytkownika
Mårran
Posty: 4230
Rejestracja: 8 kwie 2008, o 19:17
Lokalizacja: Toruń/Gdańsk

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: Mårran » 27 cze 2014, o 02:34

Nie wiem, jak na wecie, ale nie słyszałam, żeby ktoś tak tępił erazmusów :D może laska pecha miała do rocznika ;]
Mrs Buka

EllaOman
Posty: 1
Rejestracja: 15 mar 2018, o 08:21

Re: Praca za granicą po weterynarii

Post autor: EllaOman » 15 mar 2018, o 08:24

Hej,
Mój znajomy poszukuje weterynarza/asystenta weterynarza do nowo otwieranej kliniki w Muscat (Oman - bliski wschód). On sam jest Omańczykiem, ale ma preferencję do pracownika z Polski.
Czy macie może pomysł, gdzie najlepiej zamieścić ogłoszenie?

Dzięki,
Ela

ODPOWIEDZ
  • Podobne tematy
    Odpowiedzi
    Odsłony
    Ostatni post

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość